Ucieczka miała być prosta: słońce, skały i spokój od Wysp. Szybko okazało się jednak, że Portugalia nie daje się zamknąć w planie ani w stereotypie. To opowieść o wspinaniu, drodze i miejscach, które wciąż są bardziej doświadczeniem niż kierunkiem.
Uciec, by nie słyszeć angielskiego
Mgliste i oślizłe zimowe dni spędzone w Szkocji zrodziły naturalną chęć ucieczki do wygrzanych słońcem skał Hiszpanii.
Po wspinaczce — uczciwie zasłużona pinta piwa na plaży albo w pubie.
Pinta?
Pub?
A dookoła pełno Brytyjczyków?
Nie.
Nie chcę, żeby cokolwiek przypominało mi to, od czego uciekam.
Żadnych Brytoli w skałach i na plażach. A kysz.
Fuck — znaczy: kurde.
Zabukowałem Hiszpanię… Tfu. Zarezerwowałem bilety, wynająłem samochód.
Hiszpania. Ot, mi wakacje – cieplejsza Anglia. I tyle.
Spokojnie. Oddychaj.
A co powiecie na Portugalię?
Zanim pojawi się mapa
Niby wszyscy mamy w głowie obraz Portugalii jako kraju raczej pagórkowatego.
Jakieś klify nad morzem — przynajmniej na pocztówkach z Algarve. Do tego ten sam półwysep co Hiszpania, więc logicznie rzecz biorąc powinno być podobnie.
Tylko że…
czy ktoś czytał kiedykolwiek o jakimś wspinaczkowym ekstremum z Portugalii?
Czy da się trafić na relację o topowym wspinaczu czeszącym tamtejsze skały?
Czy w ogóle ktoś zna jakiegoś wspinacza z tego kraju?
W sławetnym rankingu 8a.nu można odnaleźć André Neresa — na 52. pozycji. Jest jeszcze Miguel Catita. Obaj swoje topowe 8c zrobili w… hiszpańskim Rodellar.
Hm.
Pozostają więc trzy opcje:
albo Portugalia nie ma skał dobrej jakości,
albo to taka Costa Blanca — przyjazna raczej dla wspinaczy o naturalnych zdolnościach (a nie „nad”),
albo po prostu wciąż pozostaje nieodkryta.
Nie zanudzając pseudo-naukowymi wywodami (choć w młodości, nie wiem czemu, marzyłem, żeby zostać geologiem):
rozsiane granitowe buldery, opisywane przez Andreasa Bindhammera w listopadowym Magazynie Góry, nie tylko otaczają Madryt. Ciągną się dalej na zachód — przez rejony takie jak Barruecos — by w Portugalii przybrać postać solidnego pasma Serra da Estrela, z najwyższym szczytem kraju: Torre (1993 m).
Ten sam granit kończy się na magicznym masywie Serra de Sintra, w okolicach Lizbony.
Na południe od Sintry, a szerzej — poniżej rzeki Tag (portug. Tejo), zaczyna dominować wapień. Różnej jakości i struktury: od znanego z Hiszpanii, solidnego pomarańczowego odcienia, po skałę poprzecinaną rysami. I tak aż do Algarve, gdzie miejscami pojawiają się łupki, sjenity i Bóg wie jeszcze co.
Czterysta kilometrów nocy
Już podczas lotu wiedziałem, że ze mną jest coś nie tak. Łamanie w kościach. Bóle mięśni. Gorączka. No tak — uczelnia, praca. Nie było kiedy wyleżeć choroby i ciągnęło się to za mną od dłuższego czasu.
Późne lądowanie w Madrycie zapowiadało „niezapomnianą” noc. Bo przecież w ramach idei tak zwanych tanich linii lotniczych wszelkie sensowne loty albo zaczynają się o 6–7 rano, albo kończą o 22–23. Oczywiście sensowne pod względem cenowym — i to pod warunkiem rezerwacji pół roku wcześniej, trafienia na promocję, niebrania bagażu oraz zrezygnowania z ubezpieczenia…
Ale nic to. Moje hurraoptymistycznie nastawione towarzystwo podróży zadeklarowało się prowadzić auto przez noc aż do Portugalii. W sumie to tylko 400 km. W założeniu miałem spać z tyłu samochodu, na rozłożonym kraszpadzie.
W założeniu.
Bo mimo zapewnień obsługi wypożyczalni, że w Peugeocie istnieje możliwość przewożenia przedmiotów do 180 cm, nikt nie wspomniał, że pod warunkiem zdemontowania tylnych siedzeń. Było znośnie — aż do momentu, w którym „szofer” stwierdził, że jednak musi się zrestować. I to konkretnie, bo po prostu poszedł spać.
Wyłączone ogrzewanie doprowadziło mnie do pełnej przytomności. Termometr w aucie wskazywał 2 stopnie powyżej zera. Koniec kwietnia. Hiszpania. Pięknie.
Na dachu Portugalii
Bulderowy rejon Pedra do Urso ulokowany jest niemal na samym szczycie Torre — a dokładniej tuż poniżej wyciągów narciarskich prowadzących na wierzchołek.
Co, narciarstwo w słonecznej Portugalii? Ano tak. Nawet pod koniec kwietnia, choć miejscami, zwały śniegu na stacji ulokowanej na samym szczycie sięgały pierwszego piętra.
Warunki do wspinania były znakomite. Słońce prażyło, ale mimo tego było chłodnawo — człowiek się nie pocił, a tarcie pozostawało właściwe. Nic, tylko się wspinać.
A było po czym. Dookoła rozrzuconych jest ponad 1000 bulderów, choć otwartych i opisanych jest coś koło 300. Trywialnym zdaje się stwierdzenie, że w tej kupie kamieni każdy znajdzie coś dla siebie — począwszy od najłatwiejszych, krótkich slabów o enigmatycznych trudnościach 2a–3c, dedykowanych raczej dzieciom, poprzez jednoruchowe problemy (ot, doskoczyć do krawędzi, a potem mantla), kanty, rysy, wystające kryształy, trawersy, okapy, zapieraczki… a skończywszy na nierozwiązanym problemie Cannonball, nad którym głowili się Ben Moon i Jerry Moffatt.
Czy można oczekiwać czegoś więcej, jeśli dodać, że lądowania w większości wypadków są bardzo komfortowe, bo buldery leżą na litej, płaskiej skale? Jest też sporo miejsca na nowe problemy — warto jednak zabrać ze sobą zestaw szczotek drucianych. Mech i porosty bywają tu dość obfite, zwłaszcza na mniej uczęszczanych blokach.
Wadą, która jest zarazem zaletą, pozostaje granit. Niemiłosiernie i szybko pozbawia skóry z palców, ale w zamian oferuje tarcie, które pamięta się długo.
Cena tarcia
Na koniec jeszcze krótki wypad do sąsiedniej doliny. A tam — podobne morze bulderów, przy czym w zasadzie nic jeszcze nieruszone. Kilka przystawek wystarczyło, żeby zobaczyć, że tkwi tu spory potencjał, bo granit okazał się wyraźnie przyjemniejszy dla dłoni. Do tego kilka solidnych ścian nadających się na wielowyciągowe wspinanie, a po płatach śniegu zalegających w zacienionych miejscach widać było, że i zimą, z dziabkami, dałoby się tu pewnie coś znaleźć. Trzeba będzie jeszcze tu wrócić.
Z ulgą przyjąłem decyzję o pozostaniu przez kilka dni w Pedra do Urso. Co prawda, żadnej plaży w okolicy uświadczyć się nie da, ale i tak wciąż miałem gorączkę. Myślałem wyłącznie o ciepłym i wygodnym łóżku.
Nie podejrzewam moich companheiros o przesadną troskę o mnie — wjechanie ze zdechłym partnerem w rejony sportowe nie miało dla nich zapewne większego sensu, a tutaj przynajmniej mogli samotnie pobulderować, ciesząc się przy tym, że jest „chłodnawo”, bo przecież tarcie będzie lepsze. Z drugiej strony nie miałem na co narzekać, bo z dwóch opcji noclegu — campingu lub hotelu — w odległości pozwalającej dotrzeć do kamoli „z buta”, zdecydowaliśmy się na… czterogwiazdkowy hotel.
Nie wiedziałem, czy to gorączka mi się wzmogła, czy pani na recepcji, niezbyt władająca angielskim, po prostu się przejęzyczyła, ale za pokój ze śniadaniem zażyczyła sobie 40 euro. Sezon zaczyna się dopiero od 1 maja.
Zresztą powszechna nieznajomość „powszechnie” znanego języka angielskiego miała swoje konsekwencje również później. Gdy moi partnerzy — choć to niezbyt trafne słowo, bo ja się kurowałem, a oni samotnie bulderowali — stwierdzili, że ich zdarte palce potrzebują restu, zasiedliśmy w hotelowym barze. Towarzystwo było doborowe: grupa harleyowców, którzy upatrzyli sobie Serra da Estrela na miejsce zlotu.
Zamawiając, poprosiłem o drinki z colą: jeden z whisky (dla mnie), drugi z wódką. Barman bez chwili wahania wlał do połowy szklanki wódkę i dopełnił całość whisky. Bez cienia zdziwienia.
Próby odkręcenia pomyłki wykazały, że oprócz ojczystej mowy włada on hiszpańskim, francuskim i niemieckim, a angielskim tylko… trochę. Na tym jednak nie koniec, bo gdy w końcu dostaliśmy to, czego — mniej więcej — chcieliśmy, mój kumpel (to właściwe słowo, gdy się z kimś pije) po pierwszym łyku wstał i dokupił butelkę coli na przypitkę. A podobno Polak z dziada i pradziada.
Swoją drogą — alkoholu w Portugalii zdecydowanie nie skąpią.
Granit we mgle
Sintra to już zupełnie inna bajka. I to dosłownie, bo nie sposób opisać cukierkowo-kolorowych pałaców i zamków upstrzających okoliczne, lesiste wzgórza. Miejsce jest iście magiczne, na wskroś mistyczne — zamieszkiwane już przez Celtów.
Częste są tu anomalie magnetyczne i meteorologiczne, ze słynnym „pierdnięciem królowej” (ang. Queen’s fart) na czele, kiedy to wzgórza otulone zostają białą mgłą nawet w słoneczne i pogodne dni. Krajobraz potrafi zmienić się w kilka minut, a to, co przed chwilą było wyraźne i konkretne, nagle rozpływa się w mlecznej bieli.
Na wspinaczy czekają tu 40–50-metrowe zerwy, a zatem wiele dróg trzeba prowadzić na kilka wyciągów. Wygładzony, biały i zimny granit nie oferuje zbyt wielu oczywistych chwytów. Wiele ruchów trzeba dosłownie „wymyślać” — szukając ratunku w tarciu, balansie i zaufaniu do butów.
Nagrodą jest ekspozycja. Po wyjściu nad wierzchołki drzew wisimy dobre 300 metrów ponad dnem doliny, zawieszeni w powietrzu i mgle, z lasem daleko pod stopami. Z początku wspinanie tutaj onieśmiela, ale z każdą kolejną drogą jest lepiej — można się do tego stylu przyzwyczaić, a nawet… polubić.
Dróg jest sporo i obejmują rozległą skalę trudności, choć najciekawsza oferta czeka na tych poruszających się w okolicach 6a–6b — a zatem całkiem znośnie dla normalnego wspinacza. Pomimo że większość linii jest solidnie obita, trafiają się tu i ówdzie „kwiatki”, które wymagają wsparcia psychicznego ze strony kości i friendów. I odrobiny fartów — bo bez nich Sintra potrafi być bezlitosna.
Między drogą a winem
Ceniąc sobie heroiczną postawę moich companheiros, którzy zdecydowali się prowadzić przez pierwszą noc, muszę przyznać, że w dalszej części podróży to ja znacznie częściej zasiadałem za kółkiem. Było to bezpośrednią konsekwencją w miarę tanich cen w lokalnych restauracjach — specjalizujących się głównie we wszelakich owocach morza — gdzie oprócz sporawego, trzydaniowego posiłku (około 15 euro na głowę) do kolacji można było zamówić vinho da casa nawet za 6 euro.
Jak się szybko okazało, wcześniejsze wyjazdy do Hiszpanii solidnie zaprawiły moich towarzyszy w boju w tej kategorii alkoholi. Choć, znając ich gust, wszelkie wina powyżej jednego euro musiały uchodzić za prawdziwą ucztę dla kubków smakowych.
Wracając jednak do moich doświadczeń z przemierzania portugalskich dróg — są one, jak na polskie standardy, po prostu dobre. Systematycznie odnawiane za unijne pieniądze, równe i przewidywalne, sprawiają, że jazda po nich jest czystą przyjemnością. Ciekawym — a może raczej ekscytującym — wyjątkiem są okolice magicznej Sintry z jej cukierkowo pomalowanymi zamkami.
To właśnie tam, na wąskiej drodze obwarowanej murami, przychodzi zmierzyć się z równolegle jadącym tramwajem, który co pewien czas przecina jezdnię. Jazda trochę jak po krakowskim Podgórzu. Brrr…
Z drugiej strony przejazd przez most Vasco da Gama również pozostaje w pamięci — może mniej ekstremalny, ale zdecydowanie równie niezapomniany.
W cieniu pałaców
Ale Serra de Sintra to nie tylko pałace i zamki. To także rozrzucone po lasach głazy. Trzy ogródki — Capuchos, Peninha i Malveira — choć wciąż rozwijane, oferują buldery we wszystkich kształtach i rozmiarach, a do tego na całkiem dobrej jakości granicie.
Żeby w pełni wykorzystać potencjał tego rejonu, trzeba być kompetentnym w dynamicznych strzałach po oblakach. Lądowania na leśnej ściółce są w miarę komfortowe, choć skorzystanie z kraszpada z pewnością nie zaszkodzi — zwłaszcza że teren ten znajduje się w obrębie parku narodowego i zaleca się unikanie zbędnej erozji.
Zresztą samo pojęcie ochrony natury funkcjonuje tu w dość zachodnioeuropejskim wydaniu. Mamy więc zapewniony przyzwoity dojazd w pobliże bulderów oraz zorganizowane miejsca piknikowe. Warto to docenić i w razie wątpliwości co do tego, co wolno, a czego nie — odwołać się po prostu do własnego zdrowego rozsądku.
Nieco odmienny charakter ma rejon Malveira. Skała przybiera tam pomarańczowy kolor, a sam sektor położony jest nieco powyżej granicy lasu, co zapewnia więcej słońca zimą i niezwykłe widoki. Te z kolei zdradzają przyszły potencjał okolicy — na horyzoncie widać kilka wzniesień, na których leży (dosłownie) kupa kamieni, a na niej usadowione są sporych rozmiarów highballe.
Tutaj nie ma już „miętkiej” gry. Oprócz wysokości dochodzi bowiem lądowanie na solidnych głazach, które same w sobie stanowią problemy bulderowe.
O restach i innych grzechach
Z góry przepraszam, że tak dużo miejsca poświęcam ciemnym i negatywnym aspektom życia wspinaczy — jakimi są powspinaczkowe resty. Zdaje mi się jednak, że są one nieodłącznym elementem, zaryzykuję takie szerokie stwierdzenie, ogólnogórskiej działalności.
Otóż w Portugalii brakuje barów. Są wspaniałe restauracje i kawiarnie, ale takich zwykłych barów, gdzie można by spokojnie usiąść, wypić „jedno” piwo, odpocząć i pogadać — jest zaskakująco mało. Czasem jednak warto poszukać, by trafić na lokalną „perłę”.
Taką znaleźliśmy w Peniche. Oprócz sowicie wzbogaconych alkoholem drinków (3–5 euro), przyozdobionych najdziwniejszymi przedmiotami — parasolka to już przeżytek — można tam było spróbować swoich sił w karaoke.
Rozpoznając w nas obcokrajowców, DJ zachęcał do wykonania jakiegoś anglojęzycznego utworu. Na co moi przebiegli partnerzy-od-liny chóralnym głosem skandowali: „Polonia, Polonia!”, mając nadzieję na szybkie odprawienie intruza. Nic z tego. Pan DJ zareagował bez wahania i przedstawił nam listę polskich kawałków.
Co było dalej — nie pamiętam.
Majteczki w kropeczki…
Sól na chwytach
Kilka kilometrów na południe od Sintry, w pobliżu Cascais i Estoril — znanego nie tylko jako portugalskie Monako ze względu na kasyno, ale także dzięki torowi wyścigów samochodowych — wreszcie można odnaleźć ulubione wapienne skały. Przybierają one formę około 20-metrowego klifu morskiego Farol da Guia oraz rozrzuconych wzdłuż wybrzeża bulderów różnej wielkości w rejonie Baía do Mexilhoeiro.
Oferta Farol da Guia skierowana jest głównie do wspinaczy rekreacyjnych i średnio zaawansowanych. Znajdziemy tu równomiernie rozłożoną gamę trudności do 7c+ (chyba tylko jedna linia wyceniona jest na 8b). Znaczna część dróg jest przyjaźnie obita i prowadzi po dobrej jakości skale. Warto jednak zwrócić uwagę, że na niektórych pasażach — dzięki orzeźwiającej, morskiej bryzie — lubi odkładać się… sól. Szczoteczka bywa więc niezbędna.
Z przypływami nie ma tu zazwyczaj większego problemu — platforma skalna, z której się asekuruje, znajduje się dość wysoko nad wodą. Istnieje jednak kilka wyjątków, na które trzeba zwrócić uwagę, zwłaszcza przy wysokiej fali. W samym rejonie znajduje się także kilka problemów bulderowych — nie na tyle dużo, by stanowiły samodzielną atrakcję, niemniej warto poświęcić im chwilę podczas wizyty.
Baía do Mexilhoeiro to już zupełnie inna historia. Płaska, lita skała zanurza się tu w morzu, a na jej powierzchni rozrzuconych jest sporo bloków oferujących problemy bulderowe aż do 8a. Choć znaleźć można kilkanaście łatwiejszych linii, to jednak największy wybór koncentruje się w przedziale 7a–7b. Lądowiska są płaskie i wygodne.
Zdecydowanie trzeba natomiast zwrócić uwagę na przypływy — i to całkiem szybkie. O ile zamiana bulderingu na DWS może stanowić dla wspinacza swoistą atrakcję, o tyle zatopienie kraszpada w Atlantyku raczej nie należy do pożądanych doświadczeń.
Kamień z nieba
Po fali zimna przyszła fala upałów. Z dnia na dzień. Ot tak — zamiast kilku stopni było 37. W miarę dochodziłem do siebie, a my wyraźnie zmierzaliśmy w stronę wybrzeża, więc nie było aż tak źle. Oprócz mętnie wyznaczonych celów wspinaczkowych miałem też bardziej konkretne — dotyczące odcienia mojej skóry.
Jakakolwiek aktywność wspinaczkowa na nadmorskich klifach została brutalnie ograniczona do późnego popołudnia. Alternatywne wczesne poranki — z różnych przyczyn — wciąż pozostawały jedynie alternatywą. Oczywiście pozostali członkowie naszej ekipy nie zrażali się tymi niedogodnościami, realizując coś-tam-ważnego-i-trudnego.
Ostatnia droga tego dnia.
Asekuruję.
Jest miło i przyjemnie. Zachodzi słońce. Wokół szumi ocean. Coraz szybciej zapada zmrok. Jest już ciemno, kiedy związany ze mną człowiek dociera do końca drogi.
— Kurwa, nie widzę zjazdowego! — słyszę z góry.
— A muerte… znaczy… morte! — odkrzykuję.
Jakieś pomrukiwania.
— Kurwa, idę do krawędzi… Będzie szybciej… Uważaj! Strasznie tu krucho… Kurwa… Pełno soli…
Nawet nie usłyszałem lecącego kamienia.
Trafił mnie w głowę.
Nie krzyknąłem.
Nie powiedziałem ani słowa.
Nie wydałem z siebie żadnego dźwięku.
On tam u góry może ma gorzej.
Poczułem, jak łzy spływają mi po policzkach.
Łzy?
— Jestem bezpieczny! Lina! Schodzę, kurwa, schodkami! Schodkami!
Dopiero wtedy opadłem na kolana. Było już bardzo ciemno. Musiał podejść blisko, żeby zorientować się, co się stało. Ledwo dowlókł mnie do auta.
A mówi się, że wspinanie sportowe jest bezpieczne i przyjemne.
Ściany dla cierpliwych
Na południe od Lizbony, w pobliżu Setúbal, można odnaleźć rejon predysponowany dla bardziej wymagających wspinaczy. Fenda — bo o niej tu mowa — to przewieszone, około 20-metrowe ściany z wyśmienitej jakości wapienia.
Drogi są zróżnicowane: raz wymagają żelaznej wytrzymałości, innym razem czystej siły potrzebnej do rozwiązania bulderowego przechwytu. Największe bogactwo linii mieści się w przedziale 6c–7c+. Można oczywiście znaleźć drogi trudniejsze, natomiast z łatwiejszymi bywa tu raczej krucho.
Choć spod podstawy ścian nie rozpościerają się szczególnie atrakcyjne widoki — wszystko spowite jest gąszczem drzew i kamieni — to niedaleko stąd można zejść na uroczą plażę z dobrym wyborem restauracji i kawiarni. Kontrast dość przyjemny.
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kwestie dostępu. Klify Fendy leżą na terenie ścisłego rezerwatu przyrody, co wiąże się z pewnymi obostrzeniami, w tym koniecznością rejestracji w biurze parku. Status wspinaczy nie jest tu jednak do końca jasno określony.
Ponownie pozostaje więc odwołać się do zdrowego rozsądku osób odwiedzających ten rejon.
Rest absolutny
Plaża, plaża, plaża! Gdzie można się lepiej zregenerować po „reście” niż właśnie na plaży? A tych w Portugalii nie brakuje — i są naprawdę przepiękne. Bardziej dzikie. Bardziej urozmaicone. Nawet w obrębie niewielkich odległości.
Chcesz plaży z klifem?
Chcesz szerokiej, z jasnym piaskiem?
A może z wydmami?
Albo poleżeć na skale oblewanej falami Atlantyku?
Nie ma problemu.
Sam ocean robi ogromne wrażenie — choć bywa trochę chłodnawy. Fale idealnie nadają się do surfingu, a plaże sprzyjają regeneracji w każdej postaci. Nie bez znaczenia pozostaje też towarzystwo Portugalczyków i Portugalek — znacznie odbiegające od standardów, do których przywykliśmy w ponurej Szkocji.
Tam, gdzie kończy się asekuracja
Są w języku polskim mocniejsze idiomy, ale „gdzie diabeł mówi dobranoc” wydaje się wystarczającym określeniem najbardziej wysuniętego na południowy zachód krańca Europy — Ponta de Sagres, gdzie niespokojne fale Atlantyku obmywają klify wyrastające wprost z wody.
Dziwna analogia nasuwa mi się w odniesieniu do tego miejsca. To przecież już Algarve, tak ukochane przez brytyjskich turystów, a jednak styl wspinania zdaje się tu sprowadzony do ich korzeni. Nie ma tu dróg obitych. Sagres to porządny ogródek tradowy.
I nie dość, że czeka tu konieczność zmierzenia się z własną asekuracją, to jeszcze o sobie dają znać tak zwane zagrożenia obiektywne. Dostęp do niektórych sektorów bywa problematyczny — głównie ze względu na przewieszone ściany — a bezpieczny wycof często nie wchodzi w rachubę. Drogi wycenione zostały oczywiście po brytyjsku i sięgają stopnia E6.
Warto jednak dodać, że to nie wszystko. W okolicy znaleźć można również sektory deep water soloing, w skrócie DWS. Dla każdego coś miłego?
Koniec dzikości
Ostatni etap podróży prowadzi na południe. Algarve zaczyna bardzo przypominać południe Hiszpanii — nie tylko ze względu na krajobraz czy klimat, ale także, a może przede wszystkim, przez obecność turystów. Szczególnie brytyjskich. Co, nie ukrywam, mogło moich towarzyszy podróży psychicznie przygotowywać na nieuchronnie zbliżający się powrót na Wyspy.
A gdzie turyści, tam i atrakcje. Począwszy od tych stworzonych przez naturę — jak najbardziej wysunięty na południowy zachód cypel Europy, na którym obok latarni morskiej i dwudziestu straganów z pamiątkami stał jeden jedyny autokar turystów… z Ostrołęki — po te stworzone ręką człowieka: liczne aquaparki, oceanaria i inne tego typu przybytki.
No i oczywiście wyższe ceny — dostosowane do portfela przybysza z Zachodniej Europy.
To zależy
Przeglądając w sieci strony poświęcone wspinaniu w Portugalii, czuję pewien niedosyt. Mam wrażenie, że ledwie liznąłem tego, co można tam znaleźć. Nie ma tu potężnych klifów na miarę Hiszpanii czy Francji. Nie ma światowych ekstremów ani ich najbardziej znanych realizatorów. Ale nie ma też tłumów.
Ceny pozostają w miarę przystępne. Klimat sprzyja zarówno wspinaniu, jak i plażowaniu. Różnorodność skał i ich dostępność potrafią zachwycić.
Czy zatem Portugalia to idealne miejsce na wspinaczkowe wakacje?
Hm.
To zależy, czego się szuka.
