Portland to sportowe oblicze brytyjskiego wspinania nad morzem. Setki solidnie obitych dróg, łatwy dostęp i klify wyrastające wprost znad Kanału La Manche sprawiają, że to jeden z najbardziej przystępnych, a jednocześnie różnorodnych rejonów Wysp. Bez ekstremów dla nielicznych, za to z ogromną ofertą dla tych, którzy chcą się po prostu dobrze powspinać – niezależnie od poziomu.
Sport zamiast legend
Tradycja tradycją, ale faktem jest, że na Wyspach Brytyjskich można się całkiem nieźle powspinać sportowo. Nie mówimy tu jednak o Malham czy Raven Tor, znanych z serwisów informacyjnych głównie za sprawą ekstremalnych wyczynów Steve’a McClure’a spod znaku „dziewięć-coś-tam”, lecz o czymś znacznie bardziej zjadliwym dla statystycznego wspinacza – nadmorskich klifach wyspy Portland.
Portland leży na południu Wielkiej Brytanii, nad Kanałem Angielskim… tfu… Kanałem La Manche. Pod wieloma względami rejon ten przypomina opisywane miesiąc wcześniej Swanage: niekończące się klify, wapienne skały miłe polskiemu sercu, rześkie morze i zaskakująco częste dni słoneczne, pozwalające na całoroczne wspinanie. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni upchnięto tu setki solidnie obitych dróg, co sprawia, że każdy znajdzie coś dla siebie – zarówno początkujący, osoby szukające miejsca na spokojny, rodzinny wypad, jak i ci, którzy chcieliby (i mają ku temu odpowiednią zaprawę) podnieść swój sportowy limit. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że absolutna czołówka raczej się tu nie odnajdzie – najtrudniejsza linia rejonu, Vespasian, wyceniona jest „zaledwie” na 8b.
Ogólnie rzecz ujmując, wspinanie na wyspie dzieli się wyraźnie na dwa światy. Zachodnie Wybrzeże – większe i bardziej rozległe – to domena czystego wspinania sportowego. Wschodnie Wybrzeże oferuje natomiast mieszankę stylów: sport, trad, deep water solo oraz bouldering, często w bezpośrednim kontakcie z morzem.
Technika, palce i wiatr
Zacznijmy jednak od tego, po co właściwie się tu przyjeżdża. Pierwszy zachodni sektor – Blacknor – należy do najpopularniejszych na wyspie (choć nie jest tym najpopularniejszym). Nie dziwi to, bo właśnie tutaj znajdują się najbardziej spektakularne pionowe ściany i płyty. Trzeba jednak liczyć się z tym, że bywa tu dość wietrznie.
Styl wspinania jest – jak można się domyślić – palczasty i techniczny. Trafiają się nacieki, a także krawądki ze skamieniałych „owoców morza”. Wśród ciekawszych pasaży warto wymienić Reptile Smile 6a+, oferujący zaskakujący zestaw ruchów po „organach”, England’s Dreaming 7a+, zaczynający się palczastą płytą i przechodzący w wytężający odcinek techniczny (choć po odnalezieniu odciągu wycenę można obniżyć o stopień), Sling Shot 5 po sporych chwytach – teoretycznie łatwy, ale pozwalający się solidnie zbułować – Turned to Stone 6c+ po małych dziuplach z draperiami przy końcu, a także 26-metrowy kancik Pregnant Pause 6a+ oraz Fallen Slab Arete 3, prowadzący po płogim, lecz mocno eksponowanym filarze. Jak widać – dla każdego coś miłego.
Piknik z cruxem na końcu
Kolejny sektor, Battleship Edge, jest już tym najpopularniejszym. Piknikowy charakter, długie i wytrzymałościowe wyciągi, palczaste chwyty oraz techniczne cruxy – często umieszczone pod sam koniec drogi – to jego znaki rozpoznawcze. Jeśli uda się na chwilę oderwać od barbecue, można spróbować sił na kilku klasykach. Keyboard Wall 7c oferuje wytężające wspinanie po naciekowych draperiach, Monoculture 7c+ to techniczna, niezwykle palczasta linia z ukrytymi chwytami, a z łatwiejszych warto wymienić Buoys Will Be Buoys 6b+, ciągnącą się przez 27 metrów, oraz Never Drive a Car When You’re Dead 6a – przyjazny pasaż w zacisznym miejscu, bez trudnych momentów.
Gdy klif wchodzi do wody
Sektory Wallsend oraz Coastguard zaczynają już dosłownie „wchodzić” w morze, dlatego w niektórych miejscach trzeba zwracać uwagę na przypływy i wysoką falę. W Wallsend do ciekawszych linii należą Vin Chaud 7a prowadzący po odpęknięciach, The Watchmen 6b z dość technicznym startem oraz Colors 7b+, przechodzący przez wyraźną rysę. W Coastguard pojawiają się już przewieszki, a wraz z nimi bardziej wymagające pasaże. Sztandarową drogą jest oczywiście Vespasian 8b – najtrudniejsza linia w rejonie, a zarazem pierwsza o takich trudnościach w całym hrabstwie Dorset. Poza ogromną siłą i nienaganną techniką do jej przejścia potrzebny jest także solidny wysięg.
Dla „normalnych” wspinaczy również coś się znajdzie: Bad Moon Rising 7a+ po stępionym filarku z narastającymi trudnościami, Nothing but the Groove 6c+, które po bulderowym początku przechodzi w sympatyczną depresję, oraz Walking the King 6b+ z przewieszonymi rysami i naciekami – według wielu najlepsza droga w tej wycenie w całym Portland.
Zjazd, woda i ostrożność
Ostatnim sektorem Zachodniego Wybrzeża jest White Hole. Niezbyt wysokie ściany startujące wprost z morza poprzecinane są tu rozpadlinami i odchłaniami. Skała jest solidna, ale mało przyjazna dla palców, a dojście do podstawy często wymaga zjazdów. To również miejsce, gdzie można „liznąć” deep water solo, jak choćby Hung, Swung and Zawned Out E2 5b (S1). Droga po dziesięciometrowym trawersie w głąb rozpadliny wyprowadza zacięciem aż na około 20 metrów. Warto wcześniej sprawdzić, czy na dole jest wystarczająco dużo wody – odpływ potrafi skutecznie zamienić atrakcyjne wodowanie w klasyczne glebowanie.
Dla smakoszy i ciekawskich
Jak już zostało wspomniane, Wschodnie Wybrzeże oferuje pełne spektrum stylów wspinania. Drogi są tu mniej imponujące pod względem rozmiaru niż na Zachodzie, ale można zaryzykować stwierdzenie, że zostały stworzone raczej dla smakoszy danego gatunku niż dla mas. Z drugiej strony bez trudu znaleźć tu kilka prawdziwych perełek.
Wśród nich warto wymienić The Waveband V9 – wymagający trawers bulderowy z desperackimi przechwytami na końcu, Bare Reputation E4 6b, czyli dwudziestometrowy trawers z intensywnym wspinaniem, który przy przypływie można z tradowej linii zamienić w czyste DWS (S0). King of the Swingers 7c+ (opcjonalnie S1) prowadzi przez najdłuższy dach w całym Portland – osiem metrów ciągłego wiszenia. Z kolei Octopus Weed E3 6a (S0) to dwunastometrowy deep water solo biegnący wzdłuż daszku, zaliczany pod względem urody do kategorii „piękne i wcale nie drogie”.
Do tego dochodzi sporo rozrzuconych nieco głębiej na wyspie kamieni, gdzie można spokojnie pobulderować już od V0, choć prawdziwa przyjemność zaczyna się w przedziale V3–V6.
Zanim wrócisz na ląd
Na koniec kilka uwag natury ogólnej. W Portland nie obowiązują powszechne obostrzenia związane z okresem lęgowym ptaków, choć w kilku miejscach warto zachować czujność – tym bardziej że Royal Society for the Protection of Birds to największa organizacja tego typu w Wielkiej Brytanii, licząca ponad milion członków.
Drugą kwestią są miejsca parkingowe. Jak to na wyspie, nie ma ich zbyt wiele i w weekendy bywa z tym problem. Dobrym zwyczajem miejscowych jest stosowanie oznaczeń malowanych wzdłuż ulic, informujących o tym, gdzie i kiedy można parkować.
Ze spraw stricte wspinaczkowych warto pamiętać, że wiele dróg sięga 30 metrów długości – kontrola długości posiadanej liny jest więc oczywista. No, chyba już wystarczy. Do zobaczenia w Portland.
Przewodniki, noclegi i dojazd
Podstawową pozycją pozostaje przewodnik Rockfax „Dorset” autorstwa Marka Glaistera i Pete’a Oxleya, obejmujący również Portland. To solidna, sprawdzona publikacja, która w zupełności wystarcza do poruszania się po rejonie. Alternatywą jest lokalny przewodnik „Portland”, wydany przez miejscowy klub – różnice sprowadzają się głównie do formy i układu graficznego. Uzupełniająco można korzystać z materiałów dostępnych online, choć raczej jako dodatku niż pełnoprawnego źródła informacji.
Na samej wyspie nie ma kempingów, ale kilka sprawdzonych miejsc noclegowych znajduje się w rozsądnej odległości. Zaplecze zakupowe najlepiej ogarnąć w Weymouth, gdzie jest taniej i łatwiej o pełne zaopatrzenie. Pubów w Portland nie brakuje, a sprzęt wspinaczkowy można kupić na miejscu, w Southwell i Fortuneswell.
Dojazd wygląda podobnie jak w przypadku Swanage – najwygodniej dotrzeć przez Londyn lub Bristol, a następnie pociągiem do Weymouth. Stamtąd Portland jest już w zasięgu komunikacji lokalnej.
Tekst pierwotnie ukazał się w Magazynie Góry 11/2009
