OPOWIEŚCI & HISTORIE

Everest. Góra gór przestaje być górą

Mount Everest od lat przestaje być symbolem samotnej walki z górą. Zdjęcia kolejek wspinaczy czekających na wejście na szczyt, wpiętych w poręczówki, pokazują skalę masowości współczesnych wypraw na najwyższą górę świata.

Gdy na wysokości około 7700 metrów pojawiły się stałe punkty asekuracyjne – spity – rozpoczęła się dyskusja, która wykracza daleko poza Everest. Coraz częściej pada porównanie do Orlej Perci i pytanie o to, gdzie kończy się bezpieczeństwo, a zaczyna infrastruktura w górach.

Te obrazy i decyzje stawiają niewygodne pytanie: czy góra wciąż jest przestrzenią wyzwania, czy coraz bardziej trasą, którą da się „przygotować” dla rosnącej liczby chętnych?

Spity na wysokości 7700 metrów

W tym kontekście pojawiła się decyzja o montażu stałych punktów asekuracyjnych – spitów – na wysokości około 7700 metrów. Spity, czyli na stałe osadzone w skale punkty umożliwiające szybkie i pewne wpięcie liny, są powszechnie stosowane w skałkach i na drogach sportowych. W górach najwyższych zawsze budziły kontrowersje.

Dla zwolenników to rozsądny krok w stronę zwiększenia bezpieczeństwa w miejscu, gdzie każdy błąd może być śmiertelny. Argument jest prosty: jeśli i tak poruszamy się po poręczówkach, jeśli i tak działamy w tłumie, to dlaczego nie zmniejszyć ryzyka tam, gdzie da się to zrobić technicznie?

Dla przeciwników to kolejny etap „ucywilizowania” Everestu — krok, po którym trudno będzie powiedzieć „dość”.

Obijanie Everestu (fot. IMG)

Skąd to skojarzenie z Orlą Percią

W polskich Tatrach podobne emocje od lat budzi Orla Perć – najtrudniejszy znakowany szlak, wyposażony w łańcuchy, klamry i sztuczne ułatwienia. Jedni traktują je jako niezbędne zabezpieczenie w terenie eksponowanym. Inni widzą w nich ingerencję, która zmienia charakter miejsca i przesuwa odpowiedzialność z człowieka na stal.

Porównanie Everestu do Orlej Perci może wydawać się prowokacyjne, ale mechanizm jest zaskakująco podobny. W obu przypadkach punktem zapalnym nie jest sama technika, lecz pytanie: czy infrastruktura powstaje po to, by ratować ludzi, czy po to, by umożliwić wejście tym, którzy bez niej by sobie nie poradzili?

Bezpieczeństwo kontra charakter góry

Zwolennicy spitów mówią o realnych zagrożeniach: korkach w strefie śmierci, zmęczeniu, braku miejsca na manewr, presji czasu i pogody. W takich warunkach każda forma „uporządkowania ruchu” wydaje się rozsądna.

Przeciwnicy odpowiadają, że góry wysokie nigdy nie były i nie powinny być „bezpieczne”. Że ich istotą jest konieczność podejmowania decyzji, także tej o odwrocie. Że infrastruktura zmienia nie tylko warunki, ale i mentalność — tworząc złudne poczucie kontroli tam, gdzie jej mieć nie można.

Dla ludzi, którzy działali w Himalajach zanim Everest stał się celem masowej turystyki, to przekroczenie granicy. Reinhold Messner wielokrotnie podkreślał, że wraz z każdą kolejną ingerencją góra traci swój pierwotny sens jako przestrzeń konfrontacji z własnymi ograniczeniami.

Problem większy niż Everest

Ten spór nie dotyczy wyłącznie jednej góry. Dotyczy pytania, które wraca wszędzie tam, gdzie popularność spotyka się z ryzykiem: czy poprawianie bezpieczeństwa zawsze jest postępem?

Orla Perć, via ferraty w Alpach, poręczówki na Evereście — wszystkie te przykłady pokazują, że granica między pomocą a ułatwieniem jest cienka i przesuwa się wraz z oczekiwaniami ludzi. Im więcej infrastruktury, tym więcej chętnych. Im więcej chętnych, tym silniejsza presja na kolejne „ulepszenia”.

Co właściwie nas niepokoi

Być może nie chodzi o stal w skale. Być może problemem nie są same spity, lecz zmiana relacji między człowiekiem a górami. Oczekiwanie, że da się je dostosować do liczby chętnych, do kalendarza urlopów, do tempa, w jakim chcemy realizować swoje ambicje.

Everest coraz częściej wygląda jak Orla Perć — tylko wyżej i drożej. Pytanie brzmi, czy to góry się zmieniają, czy raczej my coraz mniej akceptujemy fakt, że nie wszystko musi być dostępne dla wszystkich.


Warto przeczytać

Everest jako „trasa z infrastrukturą” nie wziął się znikąd. Ten spór wraca w górach od lat – za każdym razem, gdy popularność zaczyna wyprzedzać odpowiedzialność. Warto przy tym pamiętać, że dwie z poniższych książek są dziś praktycznie białymi krukami – trudno dostępnymi i krążącymi głównie w obiegu wtórnym.

Jon Krakauer – „Wszystko za Everest”
Książka, od której dla wielu zaczęła się współczesna dyskusja o granicach ambicji w górach wysokich. Krakauer opisuje tragedię z 1996 roku z perspektywy uczestnika komercyjnej wyprawy, a jego relacja – reporterska i osobista – spotkała się zarówno z ogromnym zainteresowaniem, jak i z krytyką części środowiska wspinaczkowego.

Anatolij Bukriejew – „Wspinacz”
Kontrpunkt dla narracji Krakauera. Relacja człowieka, który był w samym środku wydarzeń i patrzył na Everest z perspektywy doświadczonego himalaisty, a nie klienta wyprawy. W „Wszystko za Everest” Krakauer ostro krytykuje Bukriejewa, co po publikacji książki stało się przedmiotem szerokiej polemiki w środowisku himalaistów. W 1997 roku Rosjanin zginął w lawinie pod Annapurną.

Monika Witkowska – „Everest. Zwyczajna wyprawa”
Jedna z najbardziej odbrązawiających książek o Evereście. Bez heroizmu i patosu, za to z uwagą na codzienność, logistykę i realia funkcjonowania góry, która coraz częściej działa jak dobrze naoliwiona machina.

(Linki prowadzą do księgarni; jeśli skorzystasz z nich przy zakupie, możemy otrzymać niewielką prowizję – bez wpływu na cenę)