W marcu 1923 roku „The New York Times” opublikował rozmowę z George’em Leighiem Mallorym — uczestnikiem dwóch pierwszych wypraw na Mount Everest i jednym z tych, którzy najbliżej podeszli do jego niezdobytego wówczas szczytu. Tekst, pisany językiem epoki, odsłania nie tylko logistykę i skalę himalajskich ekspedycji, lecz także sposób myślenia o górach w czasach, gdy Everest był jeszcze bardziej ideą niż celem, a odpowiedź na pytanie „dlaczego?” mogła brzmieć po prostu: „bo tam jest”. Poniżej publikujemy spolszczoną wersję tego artykułu.

Wspinaczka na Mount Everest to zajęcie dla Supermena
Uczestnik wcześniejszych wypraw opowiada o trudnościach związanych z dotarciem na szczyt — Nadzieja na powodzenie w roku 1924 wiązana z zakładaniem obozów bazowych na wyższych wysokościach.
„Dlaczego pragnąłeś wspiąć się na Mount Everest?”
Pytanie to zadano George’owi Leighowi Mallory’emu, który brał udział w obu wyprawach ku szczytowi najwyższej góry świata w latach 1921 i 1922, a który obecnie przebywa w Nowym Jorku 1. Zamierza on ponownie wyruszyć w roku 1924 i jako powód uporczywego ponawiania tych prób sięgnięcia wierzchołka podał krótko:
„Bo tam jest.”
„Lecz czy wyprawa nie przyniosła cennych wyników naukowych?”
„Owszem. Pierwsza ekspedycja dokonała badań geologicznych o znacznej wartości, a obie prowadziły obserwacje oraz zgromadziły liczne okazy — zarówno geologiczne, jak i botaniczne. Geolodzy pragną pozyskać kamień ze szczytu Everestu; pozwoliłoby to rozstrzygnąć, czy mamy do czynienia z wierzchem, czy z dnem fałdy.
Lecz wszystko to są jedynie działania uboczne. Czy sądzisz, iż Shackleton udał się na biegun południowy w celu prowadzenia obserwacji naukowych? Wykorzystał on badania, których przy okazji dokonał, aby ułatwić sfinansowanie następnej wyprawy. Niejednokrotnie nauka bywa jedynie usprawiedliwieniem dla eksploracji; sądzę, iż rzadko bywa jej prawdziwą przyczyną.
Everest jest najwyższą górą świata i żaden człowiek nie stanął dotąd na jego wierzchołku. Sam fakt jego istnienia stanowi wyzwanie. Odpowiedź na pytanie „dlaczego?” jest instynktowna — jest, jak mniemam, częścią odwiecznego ludzkiego dążenia do podboju wszechświata.”
Jest to czysty romantyzm, nazwij to, jak zechcesz, a każdy człowiek rozpoznaje jego dotknięcie. Wiedzie on do dżungli i ponad głębokie wody, a dalej w górę, przez wysokie i rzadkie warstwy powietrza. Jego czarujący ślad prowadzi przez drzwi kinowych sal, a następnie o jedno piętro wyżej, do restauracji chop suey. Wabi wszystko to, co osobliwe i nieznane. Jest on wpisany w śmiałości dzieciństwa. Sprawia, iż bojaźliwy chłopiec skacze z mola do wody, i to on posłał wyprawę Królewskiego Towarzystwa Geograficznego oraz Klubu Alpejskiego bliżej nieba, niż kiedykolwiek dotarł człowiek, nie przybierając na siebie skrzydeł.
Pierwsza ekspedycja, wysłana przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne oraz Klub Alpejski, kosztowała 6.000 funtów2 i zdołała wznieść się jedynie do wysokości 6400 metrów3. Druga próba pochłonęła 11.000 funtów i dotarła do 8320 metrów. Pozostaje zatem jeszcze 520 metrów4 do przebycia, a nie sposób przewidzieć, jakiego nakładu będzie wymagał ten ostatni zryw.
Co więcej, samo dotarcie do miejsca, w którym rozpoczyna się wspinaczka, zajmuje ogromną ilość czasu. Nawet Los Angeles5 nie rości sobie prawa do miana najwyższej góry Ameryki, a Everest wznosi się pośród Himalajów. Ostatnim etapem podróży jest pięciotygodniowa wędrówka przez tybetańskie równiny, począwszy od Darjeeling — mila za milą nagiej ziemi i skał, z mizernymi płatami wyschniętej roślinności, kryjącymi się w zawietrznej stronie półki skalnej bądź w płytkich zagłębieniach terenu, zdradzających miejsca, gdzie wiosną i latem gromadziła się odrobina wilgoci.
Zwierzęta juczne żyją na tym ubogim wikcie. Rdzenni mieszkańcy, których pan Mallory uważa za najmniej krzepkich spośród Mongołów, zepchnięci w ten opustoszały zakątek przez silniejszych krewniaków, odżywiają się niewiele lepiej, poprzestając na tsamfie — gruboziarnistej mące jęczmiennej.
Plany szturmu na Everest układane są z taką samą starannością, jak w przypadku kampanii wojskowej. To — obok hartu ducha i wytrzymałości wspinaczy — najistotniejszy warunek powodzenia. Brak garnka do gotowania, butli z tlenem, manierki bądź liny, we właściwym miejscu i we właściwej chwili, może przesądzić o klęsce całej wyprawy.
Zespół był w stanie wznieść się tak wysoko, jak pozwalało na to zakładanie kolejnych obozów bazowych, z których najwyższy stanął na wysokości 6400 metrów. Oznaczało to, iż każdy obóz musiał posiadać zapasy wystarczające nie tylko dla wspinaczy, lecz również dla tragarzy, którzy nieśli sprzęt niezbędny do założenia następnego obozu.
Łącznie ekspedycja przeniosła nieco ponad dwadzieścia ton wyposażenia, bagażu i zapasów. Zwierzęta juczne, głównie jaki, wykorzystywano na równinach oraz na zboczach aż do lodowca.
Powyżej tego punktu prace wykonywało pięćdziesięciu tragarzy — ludzi z rodzimego Państwa Natal6 — których znakomita siła i wytrzymałość dawały nadzieję na założenie obozu na jeszcze większej wysokości.
Ekspedycja wymagała jednak czegoś więcej niż tylko czasu, pieniędzy i zdolności organizacyjnych. Potrzebna była również najwyższa jakość samych wspinaczy. Doskonała kondycja fizyczna była oczywiście nieodzowna, albowiem nawet w najpomyślniejszych warunkach natężenie wysiłku na owych straszliwych wysokościach jest tak wielkie, iż pełna sprawność nie powraca przez wiele miesięcy po zakończeniu próby.
Dobre serce i silne płuca stanowiły najważniejsze warunki wstępne. Nawet najdoskonalsze organy nie zdałyby się na nic bez długiego doświadczenia górskiego. Ludzi dobierano na podstawie ich alpejskich dokonań — nie tyle wedle spisanego zestawienia, ilu stóp dokonali w ciągu tylu a tylu godzin, ile raczej według reputacji, które rodzą się wśród gawęd alpinistów: że ten czy ów jest straszliwym towarzyszem, za którym trudno nadążyć; że inny jest szybki, pewny i nigdy się nie męczy. W tej walce potrzebowali każdej cząstki swej umiejętności, doświadczenia i siły.
Poruszanie się w pionie jest z natury rzeczy powolne, lecz na wyższych zboczach Everestu tempo to spadło do 100 metrów na godzinę — mniej więcej na długość krótkiego miejskiego kwartału, dystansu, który dobry biegacz potrafi pokonać w ciągu dziesięciu sekund7. 8800 metrów takiej drogi nie jest sportem na jeden weekend.
Dla przykładu: żaden alpinista nie doświadcza zawrotów głowy. Gdyby je miewał, rychło przestałby nim być. Powód, dla którego niewyszkolony śmiertelnik czuje oszołomienie na krawędzi kilkuset metrowego urwiska, tkwi w tym, iż jego wzrok nie znajduje punktu oparcia. Oko alpinisty przywykłe jest do ogromnych przestrzeni wokół, a zwłaszcza poniżej. Rzadko zdarza się wspinaczka po ścianie absolutnie pionowej; niemal zawsze występuje pewne nachylenie, a tutaj kilka stopni znaczy dla oka wszystko. Pan Mallory twierdzi, iż osobiście potrafi z całkowitym spokojem korzystać, u szczytu kilkutysięcznostopowego klifu bądź lodowej ściany, z każdego oparcia dla stóp, które służyłoby mu również na niższych wysokościach.
Oto pożyteczna wskazówka dla początkujących alpinistów, dotycząca zachowania się podczas lawiny — a raczej w lawinie. Jeżeli jest to lawina skalno-lodowa, sprawę niemal całkowicie należy pozostawić samej lawinie. Jej składowe elementy odbijają się, a człowiek jest bezpieczny, o ile nie znajdzie się na torze ich lotu. Szansa na uchylenie się jest znikoma.
Śnieg jest inną kwestią. Ma on skłonność do wciągania człowieka pod powierzchnię i miażdżenia bądź duszenia go. Należy starać się utrzymać na wierzchu i trzymać ręce uniesione ponad głową. Podczas lawiny, która zabiła siedmiu tragarzy8 i przerwała jego własną próbę dotarcia na szczyt, pan Mallory znalazł się — jak sam to określił — „płynąc na plecach”. W końcu śnieg ubił się w taki sposób, iż wypchnął jego oraz innych ku powierzchni, zamiast wciągnąć ich w głąb.
„Oddychać jest dość łatwo” – wyjaśniał – „i dopóki pozostajesz zupełnie nieruchomy, czujesz się całkiem dobrze. Lecz gdy tylko próbujesz się poruszyć, zaczynają się trudności. Wtedy musisz tak gwałtownie pompować płuca, aby móc iść dalej, że rychło opadasz z sił. Kiedy wróciłem z wyprawy, mięśnie mojej przepony były ogromnie rozwinięte – jedynie od samego oddychania”.
(Nota bene: czyż oddychanie rozrzedzonym powietrzem nie byłoby znakomitym treningiem dla śpiewaków operowych?)
Tlen9, wdychany w niewielkich dawkach, potrafi uchronić człowieka przed zamarznięciem. Fakt ten odkryła część ekspedycji podczas jednej z nocy spędzonych na wysokości dwudziestu pięciu tysięcy pięciuset stóp nad poziomem morza, w uścisku wściekłej burzy. Szalony wiatr groził w każdej chwili zmieceniem ich oraz ich maleńkiego namiotu ze stoku, a chłód chwytał ich śmiertelnym, pełzającym odrętwieniem, pomimo ciężkiej wełnianej odzieży, zabezpieczonej przed wiatrem i ogrzewanej elektrycznie.
Gorące napoje były niemożliwe, albowiem woda wrzała w tak absurdalnie niskiej temperaturze. Alkohol był stymulantem niebezpiecznym – z punktu widzenia wysokości, nie zaś moralności. Tlen stanowił ostatnią deskę ratunku, a pierwsze jego zaciągnięcia przyniosły mrowienie powracającego życia.
„Wspinaczka w Alpach” – mówił pan Mallory – „jest cudownie ożywcza, lecz uczeni twierdzą, iż powyżej 5400 metrów wysokość działa przygnębiająco, zarówno na ciało, jak i na umysł. Wszystkie zmysły ulegają spowolnieniu. Dla przykładu, pod koniec poruszaliśmy się zaledwie z szybkością trzystu trzydziestu stóp na godzinę. W Alpach szlibyśmy czterokrotnie szybciej, a jednak nie zdawałem sobie sprawy, że wspinamy się tak wolno”.
Nadzieja na ostateczne zdobycie samego wierzchołka Everestu opiera się w dużej mierze na intensywniejszym użyciu tlenu oraz na założeniu obozu na wysokości 8200 metrów. Jeden z uczonych powiedział panu Mallory’emu, iż należałoby pozostać na tej wysokości nawet przez pięć dni, gdyż aklimatyzacja znacznie zmniejszyłaby wysiłek. Głównymi przeszkodami w realizacji tego planu są jednak konieczność wykorzystania każdego dnia dobrej pogody oraz trudność znalezienia odpowiedniego miejsca obozowego. Nie ma tam żadnych wypłaszczeń ani należytych schronień, co czyni sen niemal niemożliwym i bardzo utrudnia zabezpieczenie namiotu. Ktoś zasugerował nawet, by wysadzić w zboczu góry miejsce na schronienie.
Jeżeli powracający odkrywca jest należycie uprzejmy i stosownie skromny, jego sposób bycia może sprawiać wrażenie, iż nie uczynił niczego, czego nie mógłby dokonać każdy sumienny i pracowity młodzieniec. Dla przykładu, pan Mallory powie ci, iż jego prawdziwym zajęciem jest nauczanie literatury angielskiej i historii w męskiej szkole Charterhouse. Zwykł był spędzać każdy sierpień w Alpach, a gdy zaproszono go do udziału w wyprawie na Everest, pomyślał, iż uczyni to „dla odmiany”. Jego główną pasją jest pisanie; kilka lat temu opublikował książkę o Boswellu10. Mógłby opowiadać o nim bez końca — gdybyś nie był tak wyraźnie zainteresowany górami.
Nie daj się jednak zwieść, o kanapowy odkrywco! Trzymaj się względnego bezpieczeństwa uchwytu w wagonie metra. Bowiem ta mimochodem rzucona uwaga spokojnego młodzieńca przywołuje widmo przygody tak olbrzymiej, iż umysł przy kominku z trudem potrafi ją sobie wyobrazić: pełzania wzdłuż ostrych jak brzytwa grani w zębach lodowatego wiatru; wyrąbywania stopni w ścianie lodu; poruszania się tam, gdzie każdy krok z pełnym uzasadnieniem może okazać się ostatnim — a jednak stawiania tego kroku, i następnego, i jeszcze jednego; parcia w górę i w górę pomimo zamarzniętych palców rąk i nóg, pomimo kołatania serca i pękających płuc, aż śmierć staje się nieuchronna tuż przed tobą — po czym równie spokojnego odwrotu, by czekać na następną sposobność.
„The New York Times”, 18 marca 1923 r.
Przypisy
Spolszczenie – starałem się zachować oryginalną nomenklaturę z tego okresu oraz pozostawić swoiste błędy dziennikarza, np. obozy bazowe (base camps) dla określenia „zwykłych” obozów; zmienione zostały jednak stopy na metry dla czytelności przekazu; również dla zrozumienia tekstu umieściłem niezbędne przypisy, które naprowadzają na sens wypowiedzi.
- – George Mallory przebywał w USA z serią prelekcji, które miały pomóc w sfinansowaniu kolejnej wyprawy; ↩︎
- – ówczesne 6000 funtów, współcześnie miałoby siłę nabywczą od 250.000 do 2.500.000 funtów – nie sposób dokładnie określić, gdyż inaczej kształtowały się ceny produktów, koszty ich wytworzenia i siła robocza. Z kolei 11000 funtów z 1922 roku to mniej więcej 540.000-5.140.000 współczesnych funtów; ↩︎
- – w rzeczywistości podczas pierwszej wyprawy osiągnięto wysokość około 7000m; ↩︎
- – ówczesne pomiary wskazywały wysokość Everestu (Peak XV) na 29.000 stóp, ale do publicznej wiadomości została podana wysokość 29.002 stóp, czyli 8839,80 metrów; ↩︎
- – ironiczne odniesienie do amerykańskiej perspektywy geograficznej; Los Angeles symbolizuje najdalszy zachodni kraniec USA. ↩︎
- – w oryginale: State of Natal – czyli brytyjska kolonia w południowej Afryce, co oczywiście jest błędem, bo tragarzami byli w części Szerpowie. Z jednej strony może to być zwykła literówka, ale z drugiej błąd dziennikarza, wynikający z jego wiedzy o świecie oraz tego, że Mallory – jak wspominają biografowie – mówił szybko, a przez to nie zawsze zrozumiale; ↩︎
- – niezrozumienie kwestii przez porównanie tempa wznoszenia do tempa odległości; ↩︎
- – zdarzenie miało miejsce w 1922, podczas drugiej wyprawy – za wypadek obarczany (raczej słusznie) był Mallory; ↩︎
- – użycie dodatkowego tlenu już w owych czasach podlegało sporom etycznym; ↩︎
- – James Boswell, biograf i pamiętnikarz szkocki, którego sposób narracji wywarł wpływ na literaturę i kulturę brytyjską. Odkryty w latach 20-tych XX wieku; ↩︎
Książki o epoce pionierów Everestu
Jeśli chcesz sięgnąć szerzej po literaturę opisującą epokę pierwszych wypraw na Everest, poniższe książki pozwalają spojrzeć na ten sam okres z różnych perspektyw — uczestników, świadków i późniejszych historyków.
Wade Davis – „W stronę ciszy. Wielka wojna, Mallory oraz podbój Everestu”
Jedna z najważniejszych książek poświęconych epoce pionierów Everestu. Wade Davis łączy historię pierwszych wypraw z doświadczeniem I wojny światowej, pokazując, jak trauma frontu, poczucie straty i potrzeba sensu wpłynęły na sposób myślenia o górach. To opowieść nie tylko o Mallorym i Evereście, lecz także o całym pokoleniu, dla którego wspinaczka stała się formą ucieczki, próby charakteru i mierzenia się z granicami ludzkiej wytrzymałości.
Reinhold Messner – „Druga śmierć Mallory’ego”
Reinhold Messner wraca do jednej z najbardziej uporczywych zagadek historii himalaizmu — losów George’a Leigha Mallory’ego i pytania o to, czy mógł on stanąć na szczycie Everestu w 1924 roku. Książka jest czymś więcej niż próbą rozwiązania tajemnicy: to krytyczna refleksja nad sposobem, w jaki buduje się górskie mity, oraz nad potrzebą bohaterów i „pierwszeństw”. Messner, sam świadomy ciężaru legendy, rozmontowuje ją krok po kroku, proponując spojrzenie chłodne, doświadczeniem okupione i pozbawione sentymentu.
George Leigh Mallory – „Zdobyć Everest. Kompletna opowieść”
Zbiór tekstów i relacji George’a Leigha Mallory’ego, pozwalający zajrzeć bezpośrednio w myślenie jednego z najważniejszych bohaterów pionierskiego okresu himalaizmu. Książka dokumentuje pierwsze wyprawy na Everest, ich logistykę, ograniczenia epoki oraz sposób postrzegania gór w czasach, gdy najwyższy szczyt świata pozostawał przede wszystkim ideą i pytaniem, a nie celem do „zrealizowania”. To lektura źródłowa — cenna nie tyle dla odpowiedzi, ile dla tonu i perspektywy, z jakiej Mallory opisywał swoje próby.
Linki do książek prowadzą do księgarni za pośrednictwem programu afiliacyjnego. Skorzystanie z nich może przynieść nam niewielką prowizję — bez wpływu na cenę.
