Wanda Rutkiewicz: Piękno samotności
LUDZIE & KULTURA

Wanda Rutkiewicz: Piękno samotności

Niestety nie udało mi się zobaczyć fotografii Wandy Rutkiewicz zgromadzonych na wystawie, która miała miejsce we wrocławskim „Domku Romańskim”. Tym większa strata, że od lat staram się zgłębiać historię fotografii górskiej, a okres „złotego wieku” polskiego himalaizmu jest dopiero odkrywany w wymiarze artystycznym. Jak Polska długa i szeroka, przelewają się prace fotografów, którzy starają się zachwycić publiczność galerii kolejną serią „obrazków z gór”, albo zadziwić oryginalnością jury licznych festiwali. I choć nie ważę się odbierać im — ujmując ogólnie — wysokiego poziomu czy artystycznego wyrazu, to jednak warto się zastanowić, jak współczesne ujęcie tematu gór ma się do tego, jak patrzyli na nie na przykład polscy himalaiści 20–30 lat temu.

Góry bez człowieka

Na wystawie można obejrzeć 46 czarno-białych fotografii najwyższych gór świata: m.in. Mount Everestu, K2, Gasherbrumów, Cho Oyu, Annapurny czy Makalu. W materiałach prasowych znalazło się zaledwie pięć reprodukcji, stąd bynajmniej nie zamierzam wdawać się w oceny czy szerszy opis. Chciałbym jednak podkreślić pewne aspekty, na które wypada zwrócić uwagę — mimo tak skromnego wglądu w całość ekspozycji.

K2 (fot. Wanda Rutkiewicz)

W nocie Jana Bortkiewicza — kuratora wystawy — możemy przeczytać: „Mimo skrajnie trudnych warunków, powstały fotografie na wysokim poziomie artystycznym, które ujmują surowym pięknem i precyzją kadru”. Czy można coś do tego dodać? Najbardziej uderza we mnie pustka — trudno dostrzec jakiekolwiek ślady ludzkie. Nie jest to kraina człowieka. Z jednej strony niemal archetypiczne piękno gór, z drugiej — przerażająca i surowa pustka. Czy chciałbym się tam znaleźć? Oczywiście, ten obraz pociąga i wchłania — wręcz zasysa w swoją próżnię. Niemniej budzi też strach.

Annapurna (fot. Wanda Rutkiewicz)

Samotność jako doświadczenie

W mojej głowie zapisany jest pewien obraz Wandy Rutkiewicz. Nie było możliwości poznania jej osobiście — zatem to obraz w pewien sposób zniekształcony, oparty na przeczytanych tekstach, zasłyszanych opowieściach, obejrzanych filmach i fotografiach. Wielokrotnie przemielony i zinterpretowany. Nie uzurpuję sobie, że jest prawdziwy — to tylko wrażenie, odczucie. Gdybym jednak miał określić Rutkiewicz jednym słowem, pierwszym, które przychodzi mi na myśl, byłaby samotność. Czy była ona świadomym wyborem, czy losem powiązanym z wybitnością? Czy fotografie Wandy nie są swoistą alegorią jej samotności? I czy samotność może być jednocześnie pociągająca i przerażająca?

Niedoskonałość jako wartość

Podsumowując, chciałbym zwrócić uwagę na aspekty techniczne prac Wandy Rutkiewicz. Nie mogę się do końca zgodzić z „precyzją kadru” nakreśloną przez Jana Bortkiewicza. Fotografie, które mogłem zobaczyć, nie są bynajmniej wymuskane: ekspozycja nie jest idealna, kadr — łamiący klasyczne zasady — można byłoby delikatnie poprawić. Odbitki stykowe filmów mogłyby wiele powiedzieć o tym, jak Rutkiewicz pracowała, jak poszukiwała ujęć i dochodziła do finalnego efektu. Czy ma to jednak znaczenie?

Gasherbrum IV (fot. Wanda Rutkiewicz)

Poprzez wykonywanie ich w skrajnie trudnych warunkach himalajskich, podczas rzeczywistej i wyczerpującej wspinaczki, fotografie te nabierają autentyczności. Nie muszą być perfekcyjne — bo nie są pocztówkami. Daleki jestem też od uznania ich za przypadkowe snapshoty z wyprawy; w takich warunkach i przy takim sprzęcie trudno wyobrazić sobie nonszalancką przypadkowość.

Zachodnia ściana Makalu (fot. Wanda Rutkiewicz)

Ślad światła na papierze

I wreszcie — fotografie wydrukowano na papierze. Techniczny szczegół, który pozornie nie ma większego znaczenia, a jednak warto uświadomić sobie proces prowadzący do efektu oglądanego w galerii: od kliszy, przez wywołanie, skanowanie i cyfrową obróbkę, po finalny wydruk. Poza wyborem kuratorskim to właśnie technik ma ogromny wpływ na to, jak fotografie ostatecznie wyglądają. Widząc jedynie reprodukcje internetowe, mogę stwierdzić jedno — przygotowano je z dużym wyczuciem, oddając niemal „czysty” zapis klatek filmowych. Chwała za to.

Machapuchare z drogi na Annapurnę 1991 (fot. Wanda Rutkiewicz)

Kończąc, chciałbym wyrazić życzenie, by wystawa — zrodzona w ramach Europejskiej Stolicy Kultury — trafiła również poza duże ośrodki. Tak, aby jak największa publiczność mogła zetknąć się z niezwykłym, surowym i niejednoznacznym światem Wandy Rutkiewicz.